Czy ja wyglądam na idiotę?

KISIELEWSKI (1)

Jeszcze nie zdążyłem skomentować fenomenu Sejmowego Czarnego Piątku, gdzie w ramach promocji i przeceny zafundowano nam okazyjny skok na towar deficytowy jakim jest obecnie wolność jednostki (nie wspominając już o równości wobec prawa – jedynej równości jaką istota myśląca może domagać się w ramach ochrony), a już dowiaduję się o kolejnym pomyśle, który skądinąd wywołuje u mnie jedynie uczucie ponurej satysfakcji. Satysfakcji z faktu, że jednak wbrew opiniom wielu osób, które upodobały sobie przeświadczenie, że w obliczu nowego XXI wieku nie warto czytać, skądinąd do niczego nie przydatnej literatury czasów minionych, całe postępowanie przychylającej nam nieba partii rządzącej udało mi się przewidzieć w oparciu o tajemną wiedzę płynącą z lektur autorstwa myślicieli „niewspółczesnych”.

Ale do rzeczy! Dzisiejszego dnia spadły na nas jak grom z jasnego nieba plotki, że rząd planuje opodatkować tzw. „jedzenie śmieciowe” (choćby Ministerstwo Finansów rozważa opodatkowanie fast foodów). Odrzucając ową wiedzę czasów minionych musimy kategorycznie zaprzeczyć pierwszemu skojarzeniu jakie nam się nasuwa – a mianowicie temu, że w obliczu postępującego socjalizmu koniecznym jest oskubać kogoś z ciężko zarobionych pieniędzy.

Nie jest oczywiście wynalazkiem czasów współczesnych (pomimo, że wielu zachowuje się tak, jakby ten fakt odkryło dopiero teraz), że prawo, jako machina wskazująca kto ma być uciskany w imię demokratycznego wyboru, może spełniać rolę kształtowania społecznego. A najlepszą metodą kształtowania określonych postaw jest oczywiście prawo opodatkowania, bo nic bardziej sugestywnie nie przemawia do krnąbrnej głowy obywatela, jak prawda, że skutecznie można go pozbawić owoców ciężko wykonywanej pracy. Zapewne i tak myślą nasi rządzący bowiem sztandar kolejnego, ot niezauważalnego ucisku prawnego, pokryty jest hasłem walki z tzw. „jedzeniem śmieciowym”, rzekomo niezdrowym i to na dodatek w imię ogólnie pojętego naszego dobra jako kolektywu.

Trochę źle się poczułem jako korzystający z tych iście zgubnych przyjemności gastronomicznych, ale nie mnie mierzyć głębokość tej myśli rządowej, która zahacza o kwestię potępienia nie tylko ziemskiego oddawania się tego typu przyjemnościom ale i zapewne stanowi nakaz, którego celem jest zbawienie duszy. Jak nic rząd wie lepiej ode mnie (do czego zresztą powoli zaczynam się przyzwyczajać, niczym więzień łagru do beznadziei gdy spogląda na pejzaż odgrodzony drutem kolczastym) co jest dla mnie dobre, tym bardziej, że jako ludzki pan opodatkuje nie mnie, ale burżuja, który ten grzech sprzedaje. Jakby to mojej kieszeni nie dotyczyło…

Tutaj pozwolę sobie zacytować fragment Dzienników, jajcarza nad jajcarzami czyli nieodżałowanej pamięci Kisiela: „Oczy mnie bolą, dawno nie zmieniałem okularów, a prasę wciąż czytam, dla potwierdzenia sobie jej obłędu. Przychodzi to zresztą łatwo. Broniarek bredzi o Wietnamie, że Amerykanie w Paryżu sabotują konferencję, której przedmiotem miało być „bezwarunkowe wstrzymanie amerykańskich bombardowań”, i że wysuwają jakieś „drugorzędne” obiekcje. Jakie? Tego dowiadujemy się z wiadomości tuż obok, obwieszczającej z ogromnym triumfem, że Sajgon płonie, a inne miasta południowowietnamskie też i że pełno tam amerykańskich trupów. Czy oni myślą, że naprawdę piszą do idiotów? (…)Oni zawsze albo demaskują, albo piętnują, albo pokazują, co jest za kulisami. Otóż ów doktor, sypiąc groteskowymi cudzysłowami (wszystko, co mu niewygodne, bierze w cudzysłów), tłumaczy, że swobody demokratyczne w kapitalizmie to lipa. Powołuje się przy tym na krytykę amerykańskiej demokracji, ostro sformułowaną przez Stevensona. Nie przychodzi mu przy tym, idiocie, na myśl, iż to, że amerykański polityk mógł sformułować taką krytykę i wydrukować ją dowodzi właśnie wolności — co najmniej wolności słowa, boć u nasza takie sformułowanie siedziałbym w głębokiej ciupie. I znów pytam, czy oni piszą dla idiotów?!”.

A po lekturze dwie refleksje, jedna bardziej oczywista, druga mniej…

Po pierwsze – chyba od razu nasuwające się skojarzenie było trafne i logicznie uzasadnione, tylko ktoś traktuje nas jak cytowanych idiotów. Podobno Unia ma nas oskubać w ramach swojego budżetu, jako niepokornych, a kto wie na co zaplanowano rozdać te pieniądze…

Po drugie – tekst Dzienników jest nadal aktualny, pomimo że dotyczy „starego systemu”, gdzie władzę sprawował „lud”. Dlatego, że zmierzamy w kierunku, który Kisiel właśnie w sposób tak barwny opisuje. Paradoksem historii, śmiejącym się nam prosto w twarz jest to, że w czasach postępującego bolszewizmu, szczególnie w odniesieniu do gospodarki, Legislatywa podejmuje uchwałę potępiającą ideologię bolszewizmu (co miało również miejsce w Czarny Piątek). Autokrytyka czy jak? I po raz kolejny cytat: „I znów pytam, czy oni piszą dla idiotów?!”.


Felieton ukazał się 28 listopada 2017r. na portalu nowy.dzienniknarodowy.pl

Masz coś do powiedzenia:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*